Archive for the ‘America Latina’ Category
Dzien 20-21 – Antigua – wulkan Pacaya
Wulkan Pacaya zdobyty. Co prawda nie sam szczyt (2552 m n.p.m.) i z tlumem innych gringos, ale wrazen wystarczylo. Najtrudniejszym fragmentem byla przeprawa ciasnym i rozklekotanym minibusem po nie zawsze pokrytych asfaltem drogach. Samo wejscie na gore zajelo naszej grupie (o wdziecznej nazwie Jaguar) przepisowe 1,5 godz. mimo obecnosci kolegi Australijczyka, ktory wybral sie na wyprawe w gumowych klapkach… Musialo mu byc goraco kiedy spacerowalismy po zastygnietej lawie, pod ktora 50 m nizej plynela lawa w postaci plynnej. Przy niektorych szczelinach bylo cieplo jak przy kominku i mozna bylo nawet usmazyc sobie cos na kolacje. Na koniec wulkan postaral sie i wyplul z siebie troche fajerwerkow ku uciesze zgromadzonej gawiedzi. Wracalismy juz po ciemku, z latarkami, ktore okazaly sie byc przedmiotem pozadania tubylczej dzieciarni. Za nasza oferowali nam 10 Q, bo przeciez jutro mozna ja wypozyczyc kolejnym turystom za 15 Q. Dzis nasz ostatni dzien w Antigua i w Gwatemali. Mamy szescie (?) bo to dzien patrona miasta (sw. Jakub) wiec caly dzien trafiamy na mniej lub bardziej folklorystyczne obchody. O poranku wspielismy sie jeszcze na wzgorze widokowe, zeby podziwiac miasto z gory na tle wulkanu. Zeby bylo ciekawiej – wjechalismy policyjnym radiowozem w towarzystwie dwoch sympatycznych funkcjonariuszy, ktorzy twierdzili ze polski futbol jest na wysokim poziomie (prawdopodobnie twierdzili podobnie o amerykanskim, australijskim, niemieckim itd.). Taki sposob odwiedzania tego miejsca jest od niedawna zalecany, z powodu notowanej przesteczosci. Wycieczka jest oficjalnie gratis, ale w dowod wdziecznosci dalismy naszym policjantom “na piwo”, jak to tu jest przyjete przy kazdej usludze. Fajnie bylo! Jutro popoludniu wyruszamy juz do Hiszpanii. Po powrocie uzupelnimy nasze relacje, przede wszystkim o zapis fotograficzny.
Dzien 18-19 – Antigua – plantacja Chi Cua
Gdzie kupuja kawe smakosze tego napoju z Japoni? Oczywiscie na plantacji Chi Cua w Gwatemali. Popoludnie spedzilismy na przemilej prywatnej wycieczce oprowadzani przez wlascicielke tej wlasnie plantacji. Rozlegla posiadlosc u stop trzech wulkanow (dzieki czemu ziemia jest tu bardzo zyzna), rzedy krzewow kawowych w cieniu wyzszych drzew, aby slonce nie spalilo delikatnych owocow kawy. Wszystko uprawiane metodami naturalnymi, proces przetwarzania bez uzycia maszyn, niewielka produkcja, ale za to jakosc… mmm. Po zwiedzaniu delektowalismy sie filizanka kawy w oparach swiezo zmielonych ziarenek. To byl dzien! Dla odmiany jutro zazyjemy troche wiecej adrenaliny – po poludniu wspinamy sie na wulkan, z ktorego wyplywa goraca lawa gdzieniegdzie. Wyprawa jest obowiazkowa niemalze dla wszystkich gringo przebywajacych w Antigua, a dla lepszego samopoczucia wybralismy agencje prowadzona przez profesjonalnie wygladajacych obcokrajowcow
Dzien 16-17 – Panajachel – Chichicastenango – Antigua
Oslawione trzy wulkany udalo nam sie zobaczyc w pelnej krasie dopiero ostatniego dnia rano, po niedzielnym ulewnym popoludniu (warto bylo), jako ze najczesciej spowite byly chmurami. Niedzielny poranek natomiast zostal poswiecony konsumpcji, czyli wyprawie na najwiekszy w okolicy targ wyrobow lokalnych (takniny, dzianiny, skory, zywnosc w kazdej postaci itd.), w Chichicastenango, w skrocie Chichi (czyt.cziczi). Dla ulatwienia: drugi czlon nazwy – “tenango” oznacza miejscowosc otoczona murem. Duzo tu takich, np.: Quetzaltenango (quetzal – ptasi symbol Gwatemali), Chimaltenango, Huehuetenango. A targ mi osobiscie przypominal ten w Otavalo (w Ekwadorze) – wiele pieknych towarow i rownie duzo gringos z plecakami na piersi, kurczowo sciskajacych aparaty (w obawie przed zlodziejami), starajac sie nimi utrwalic lokalny koloryt. Ale najciekawszy byl kosciol, w ktorym na rowni z obrzedami katolickimi odprawiane sa rytualy Majowe… Widok: glowne wejscie kosciola okadzane nieustannie kadzidlem przez trzech starszych szamanow, w glownej nawie umieszczonych jest kilka plaskich plyt kamiennych, na ktorych szamani (tylko oni maja prawo odprawiac rytualy)zapalaja swieczki, rozkladaja plony ziemi, skrapiaja to wszystko wonnosciami, medytuja; w nawie bocznej ksiadz wlasnie dokonuje chrztu kilkunastu dzieci. Po udzieleniu sakramentu chrztu kaplan podchodzi kolejno do oltarzykow szamanskich i blogoslawi je. Podobno na porzadku dziennym jest tu podwojny “obrzadek” – np. najpierw zawarcie malzenstwa w rycie Majow, potem slub katolicki. Hmm… nie nam oceniac slusznosc takiego postepowania. Dnia nastepnego opuscilismy Panajachel, aby zalozyc ostatnia baze w Antigua. Tu tez dookola kilka wulkanow, planujemy wypad na jeden z nich. Byc moze skusimy sie jeszcze na wizyte na plantacji kawy albo wypad nad Pacyfik. Mieszkancy tego miasta znani sa z konsumpcji ogromnej ilosci awokado – Masia sie cieszy, Lukasz wrecz przeciwnie
Grunt, ze hotelik mily, a w patio rosnie wielki bambus!
Dzien 14-15 – San Cristobal (Mx) – Panajachel (Gwt)
No i znowu jestesmy w Gwatemali. Wprawdzie nie tam gdzie planowalismy, bo pan ktory nas transportowal od granicy meksykanskiej (o granicy bedzie jeszcze kiedys osobna notka, ozdobiona zdjeciami)mial wpisane w papierach, ze ma nas dostarczyc do Panajachel, mimo ze my mielismy ochote dojechac do Xela (inaczej Quetzaltenango). Po krotkich negocjacjach z kierowca zostawilismy Quetzaltenango za horyzontem i jestemy nad wielkim jeziorem (Atitlan,1500 m. n.p.m.) otoczonym trzema wulkanami, chwilowo nieaktywnymi. Panajachel to typowa wioska dla gringosow – drogie knajpy, masa straganow z najrozniejszymi cepeliopodobnymi wyrobami, pelno Amerykanow i na dodatek konsulat honorowy Niemiec. Malo tu Gwatemali. Wszystkie te niedogodnosci wynagradza jednak widok z naszego hotelowego pokoju na jezioro.
Dzien 9-10 – San Cristobal de las Casas
Od wczoraj rezydujemy w kolonialnym milym miasteczku w prowincji Chiapas (nazwa nieco przydluga jak w tytule). Okolica znana jest z: kawy, bursztynu oraz lokalnej partyzantki lewicowej – Los Zapatistas (popieranej przez spora czesc tubylcow). Miasteczko polozone jest w gorach, wiec powietrze rzeskie, zielone szczyty gor i male wioski indianskie rozrzucone w dolinach. Wioski zamieszkiwane sa przez rozne grupy Majow, z ktorych kazda wioska mowi innym narzeczem (przepraszam – jezykiem), ubiera sie odmiennie i ma inne tradycje – ale wszysscy jednakowo probuja zerowac na turystach (jak juz nawet tam pchaja sie gringos, to co maja innego robic). Lokalny koloryt. Do jednego z tych miasteczek dojechalismy lekko przeladowanym pasazerami i drobiem publicznym busem. Nawet porozmawialismy po polsku z mloda Majowka (i oczywiscie musielismy kupic kolorowe rekodzielo ktore nam wciskala) – “kup pasek, jak masz na imie, pozniej, obiecaj ze kupisz” – i nauczylismy jej nowego uzytecznego zdania: “czekam tutaj na ciebie”. Generalnie wioska ta znana jest z kosciola sw. Jana Chrzciciela, w ktorym mieszkancy odprawiaja niemal poganskie rytualy. Po powrocie oddalismy sie konsumpcji – 2 rodzaje mango, papaja, 2 rodzaje sera i chleb (prawie tak dobry jak polski!) i kaawaaa. Dobrze nam tu, wiec chyba zostaniemy tu az do piatku. Potem wracamy do chapinow (chapin = mieszkaniec Gwatemali).
Dzien 7-8, Tulum – Palenque
Sobota miala byc dniem odpoczynku, ale karaibski upal zmeczyl nas niemilosiernie. Jak na prawdziwych turystow przystalo “zaliczylismy” majowe miasto nad brzegiem morza w Tulum i reszte czasu do odjazdu spedzilismy miedzy plaza a patiem naszego hotelu szukajac cienia. Jeszcze trudniej bylo znalezc uczciwego Meksykanina, ktory wyda dobrze reszte, nie zawyzy ceny, nie doliczy sobie do rachunku wlasnego napiwku… Grunt, ze morze bylo lazurowe, piasek bialutki i palmy rosly na plazy
Kolejne 12 godzin spedzilismy w wygodnym (serio!) autobusie i skoro swit wysiedlismy na dworcu w Palenque. Po zakotwiczeniu sie w calkiem znosnym (=czystym) hostelu wyruszylismy ogladac ostatnie przewidziane na naszej trasie zabytki Majow. I znowu chyba nas oszukali, bo w niedziele wstep mial byc za darmo, a nas skasowali normalnie… Za to piramidy i inne pozostalosci wyjatkowo interesujace. Ostatecznie trafilismy na uczciwych tubylcow, ktorzy nie dosc ze podali nam ogroooomny obiad, to jeszcze rachunek zgadzal sie z cenami w karcie! Jednak nie wszyscy Meksykanie zeruja na gringos. Ale nie narzekamy, jeszcze tylko ok. 3 dni i wracamy do przyjazniejszej bialym (?) Gwatemali. Ostatnie dni od jutra poczawszy zamierzamy spedzic w San Cristobal de las Casas – kolonialnym misteczku polozonym na 2100 m n.p.m.
Dzien 5-6, Tulum
Rzutem na tasme znalezlismy jeszcze otwarta kafejke internetowa, wiec nadrobimy zaleglosci. Jestesmy po kolacji w milym, brudnym, tanim i smacznym barze meksykanskim (tacos+empanadas+obowiazkowo w Meksyku Coca-Cola). Wczoraj caly dzien spedzilismy w autobusie, czyli monotonnie, chociaz przebywalismy w 3 panstwach – Gwatemala, Belize, zeby wysiasc w Meksyku. Rozrywki dostarczaly nam przejscia graniczne, na ktorych trzeba bylo wysiadac z autobusu z caaalym bagazem i przechodzic pieszo, placac tzw. oplaty graniczne, mniej lub bardziej legalne (10 Q przy wyjsciu z Gwatemali i 15 USD przy wyjsciu z Belize). Poza tym krajobrazy tez byly urozmaicone, choc generalnie widzielismy glownie bujna tropikalna roslinnosc, biedne wioski, aha! i raz przez droge przebiegl nam jakis niewielki drapieznik z rodziny kotow, puma? jaguar? zdania mamy podzielone;) Wieczorem dotarlismy do jedynego hostelu jaki polecal Lonely Planet w Tulum i … nie polecamy go innym. Na szczescie jutro wieczorem juz go opuszczamy, gdyz przemieszczamy sie do Palenque. Dzis za to zaliczylismy najwazniejsze, czyli kompleks Chitzen Itza i stwierdzilismy zgodnie, ze warto bylo, mimo ze oblezenie prawie jak na Krupowkach w Zakopanym (zainteresowani moga obejrzec film Mela Gibsona “Apocalypto”, ktory tam powstal). Jutro przed wyjazdem planujemy zanurzyc sie w Morzu Karaibskim i zerknac na mniejsze miasto Majowe nad brzegiem morza. Krokodyli dotychczas nie udalo nam sie spotkac, a zalujemy (ja nie – lukasz). Na szczescie jestesmy w porze deszczowej, wiec troche nas orzezwil popoludniowy deszcz, poza tym jednak jest tu nam troche za cieplo, wiec powoli bedziemy sie wspinac na wyzsze poziomy. ps. Wiemy,ze brakuje opisu z dnia czwartego, ale jest tak cieplo w kafejce, ze juz nam sie nie chce pisac. Bedziemy musieli to nadrobic, bo odwiedzilismy bardzo ciekawe wykopaliska w Yaxha …
Dzien 2-3 – El Remate, Tikal
A jednak jest tu internet! Poza tym jest piekne jezioro (Petzen Itza)z czysta woda, las tropikalny niedaleko, mily i czysty hotelik i sporo ruin majowych wokolo, wiec postanowilismy zatrzymac sie tu 3 noce. Wczoraj odpoczywalismy po nocnej podrozy, plazowalismy, spacerowalismy i spalismy – prawdziwe wakacje
Za to juz dzis byla pobudka o 3.00, zeby zobaczyc wschod slonca w Tikalu (najwieksze kompleks po-Majowy w Gwatemali). Piramidy i inne obiekty Majow naprawde imponujace, z tym ze spora czesc jeszcze czeka na odkrycie, odkopanie, odrestaurowanie, a najbardziej podobala nam sie budzaca sie rano “dzungla”. Wrocilismy przed 1/2 godz. i przed nami pol dnia byczenia sie, jutro chcemy zobaczyc drugie ruiny – mniej turystyczne (Yaxha)i w czwartek w dalsza droge – do Belize lub w druga strone – do Meksyku. Wbrew pozorom w prowincji Peten drogi istnieja, i to nie najgorsze, obsluga turystyczna tez dziala sprawnie, w El Remate spokojnie jak w Przyleku – jednym slowem wszedzie dobrze, byle nie w stolicy najwyrazniej
Tutaj klimat juz zdecydowanie tropikalny, za to wczoraj popoludniu o dziwo nie padalo (a szkoda). Dzikich insektow i innych gadow jak na razie nie odczulismy na wlasnej skorze, chyba dzieki naszemu genialnemu srodkowi antykomarowemu (dziekujemy Jadziu!). Koncze, bo idziemy szukac obiadu, niedlugo opowiesci z “majowki” ciag dalszy.
Dzień 1 – Guatemala City
No to najgorsze juz za nami, czyli zwiedzanie stolycy (=zwiedzanie miejsc uznawanych za bezpieczne). Bylo luksusowo, bo mielismy do dyspozycji znajomego taksowkarza, z ktorym kupilismy bilety na dalsza podroz, uczestniczylismy w mszy w katedrze, zjedlismy obiad w lokalnej jadlodajni, a na koniec odwiedzilismy pomnik Jana Pawla II. Prawie jak wycieczka z sanatorium. Dzis o 21 ruszamy na polnoc kraju, do prowincji Peten, tam gdzie najwiecej zostalo po Majach. Zatrzymamy sie zapewne w hoteliku, ktory nalezy do wlasciciela hostelu w ktorym wlasnie przebywamy. Pogoda jak to w porze deszczowej: cieplo, po poludniu leje jak z cebra, i w nocy tez. Od jutra bedziemy w klimacie bardziej dzunglowym, wiec bedzie BARDZO cieplo, i lalo bedzie podobnie. Wiekszosc tutejszych mieszkancow to Indianie (potomkowie Majow), panie chodza w tradycyjnych strojach – robi wrazenie. Tutejsza waluta to Quetzal (1USD=ok.7,50Q) – quetzal to jednoczesnie ptak, ktory jest symbolem Gwatemali, jednoczesnie z drzewem ceiba (jeszcze nie zdazylismy przetlumaczyc).
Wrazenia? Jak dotychczas pozytywne,przechodzi nam pierwszy lek przed nieznanym i za pare dni bedziemy czuc sie jak u siebie w domu:)
Valencia, SPAIN