Kawa
Kawę w Hiszpanii pije się najczęściej zaraz po posiłku. Jednak w zależności od regionu sposoby podawania kawy mogą się nieco różnić, a już na pewno różnie są one nazywane. Tak więc jeżeli chodzi o Walencję: podstawowa postać kawy to café solo – mocne espresso w malutkiej filiżance, jeżeli dodać do café solo odrobinę mleka to zmienia nazwę cortado; café con leche – to też kawa z mlekiem tylko z większą ilością mleka i w większej filiżance, café del tiempo – to też café solo, tylko podawane w lecie wraz ze szklanką z lodem i plasterkiem cytryny, do której to szklanki przelewa się kawę z filiżanki; na koniec bombón - café solo z dodatkiem mleka skondensowanego, bywa że w proporcji 1:1 (bardzo słodkie!)
Bocadillo
Podstawa dziennej diety osoby pracującej. Bocadillos spożywa się w godzinach almuerzo, czyli między 10 – 12 (nie mylić ze siestą!) i można je kupić w każdym barze (bary mają to do siebie, że przynajmniej jeden znajduje się blisko każdego miejsca pracy). Bocadillo składa się ze świeżej bagietki oraz reszty. Resztą może być: przysmażony boczek, przysmażone ziemniaki, tortilla de patatas, kawałek mięska, morcilla (czyli tutejsza kaszanka), ser, pomidor, oliwki, mieszanka duszonych warzyw (bakłażany, papryka, pomidory, cebula), tuńczyk … czyli właściwie wszystko co w danym barze jeszcze zostało.
Farton
podłużny miękki biszkopt przystosowany do spożywania razem z horchatą – jego kształt jest idealny do zanurzenia w szklance, a jego miąższ szybko nasiąka napojem. Najlepsze ciepłe z zimną horchatą.
Horchata
napój opatentowany w Walencji, a dokładniej w miasteczku Alboraya, gdzie uprawia się najwięcej chufy (roślina, z której wytwarza się ów napój). Wyrabia się go ze specjalnie obrobionych owoców (orzeszków?) chufy czyli chufas, cukru oraz wody – resztę wykonuję jakieś pożyteczne mikroorganizmy. Horchatę spożywa się głównie w lecie, mocno schłodzoną i oczywiście z fartonsami.
Paella
chluba gastronomiczna Walencji, czyli potrawa na bazie ryżu, która kształtuje krajobraz Comunidad Valenciana, bowiem autentyczna paella przyrządzana jest jedynie z ryżu rosnącego na polach ryżowych otaczających Walencję. Na paelle – najlepiej odmiana o nazwie bomba (ziarno okrłgławe, dobrze chłonie smaki), poza tym kawałki królika i kurczaka, czosnek, specjalne fasolki, pomidory, oliwa z oliwek i szafran dla nadania żółtego koloru. To wersja podstawowa, bo odmian paelli jest więcej – np. paella de marisco (z owocami morza) czy paella negra (czyli czarna – z dodatkiem barwnika kałamarnic). Nie wspominając już o innych potraw z ryżu, których można spróbować w arrocerii. Paellę zaleca się przygotowywać na naturalnym ogniu z drewna pomarańczy… Czy na ognisku, czy na gazie – niezbędna jest paellera – specjalna patelnia o głębokości 5 – 6 cm i średnicy zależnej od ilości biesiadników (rekord Guinessa – paella gigant na paellerze o średnicy 21m). W Comunidad Valenciana paellerą częsta nazywa się po prostu paellę, jak to w przeszłości bywało. 2. dawna nazwa paellery, w Walencji nadal w użyciu.
Dzien 20-21 – Antigua – wulkan Pacaya
Wulkan Pacaya zdobyty. Co prawda nie sam szczyt (2552 m n.p.m.) i z tlumem innych gringos, ale wrazen wystarczylo. Najtrudniejszym fragmentem byla przeprawa ciasnym i rozklekotanym minibusem po nie zawsze pokrytych asfaltem drogach. Samo wejscie na gore zajelo naszej grupie (o wdziecznej nazwie Jaguar) przepisowe 1,5 godz. mimo obecnosci kolegi Australijczyka, ktory wybral sie na wyprawe w gumowych klapkach… Musialo mu byc goraco kiedy spacerowalismy po zastygnietej lawie, pod ktora 50 m nizej plynela lawa w postaci plynnej. Przy niektorych szczelinach bylo cieplo jak przy kominku i mozna bylo nawet usmazyc sobie cos na kolacje. Na koniec wulkan postaral sie i wyplul z siebie troche fajerwerkow ku uciesze zgromadzonej gawiedzi. Wracalismy juz po ciemku, z latarkami, ktore okazaly sie byc przedmiotem pozadania tubylczej dzieciarni. Za nasza oferowali nam 10 Q, bo przeciez jutro mozna ja wypozyczyc kolejnym turystom za 15 Q. Dzis nasz ostatni dzien w Antigua i w Gwatemali. Mamy szescie (?) bo to dzien patrona miasta (sw. Jakub) wiec caly dzien trafiamy na mniej lub bardziej folklorystyczne obchody. O poranku wspielismy sie jeszcze na wzgorze widokowe, zeby podziwiac miasto z gory na tle wulkanu. Zeby bylo ciekawiej – wjechalismy policyjnym radiowozem w towarzystwie dwoch sympatycznych funkcjonariuszy, ktorzy twierdzili ze polski futbol jest na wysokim poziomie (prawdopodobnie twierdzili podobnie o amerykanskim, australijskim, niemieckim itd.). Taki sposob odwiedzania tego miejsca jest od niedawna zalecany, z powodu notowanej przesteczosci. Wycieczka jest oficjalnie gratis, ale w dowod wdziecznosci dalismy naszym policjantom “na piwo”, jak to tu jest przyjete przy kazdej usludze. Fajnie bylo! Jutro popoludniu wyruszamy juz do Hiszpanii. Po powrocie uzupelnimy nasze relacje, przede wszystkim o zapis fotograficzny.
Dzien 18-19 – Antigua – plantacja Chi Cua
Gdzie kupuja kawe smakosze tego napoju z Japoni? Oczywiscie na plantacji Chi Cua w Gwatemali. Popoludnie spedzilismy na przemilej prywatnej wycieczce oprowadzani przez wlascicielke tej wlasnie plantacji. Rozlegla posiadlosc u stop trzech wulkanow (dzieki czemu ziemia jest tu bardzo zyzna), rzedy krzewow kawowych w cieniu wyzszych drzew, aby slonce nie spalilo delikatnych owocow kawy. Wszystko uprawiane metodami naturalnymi, proces przetwarzania bez uzycia maszyn, niewielka produkcja, ale za to jakosc… mmm. Po zwiedzaniu delektowalismy sie filizanka kawy w oparach swiezo zmielonych ziarenek. To byl dzien! Dla odmiany jutro zazyjemy troche wiecej adrenaliny – po poludniu wspinamy sie na wulkan, z ktorego wyplywa goraca lawa gdzieniegdzie. Wyprawa jest obowiazkowa niemalze dla wszystkich gringo przebywajacych w Antigua, a dla lepszego samopoczucia wybralismy agencje prowadzona przez profesjonalnie wygladajacych obcokrajowcow
Dzien 16-17 – Panajachel – Chichicastenango – Antigua
Oslawione trzy wulkany udalo nam sie zobaczyc w pelnej krasie dopiero ostatniego dnia rano, po niedzielnym ulewnym popoludniu (warto bylo), jako ze najczesciej spowite byly chmurami. Niedzielny poranek natomiast zostal poswiecony konsumpcji, czyli wyprawie na najwiekszy w okolicy targ wyrobow lokalnych (takniny, dzianiny, skory, zywnosc w kazdej postaci itd.), w Chichicastenango, w skrocie Chichi (czyt.cziczi). Dla ulatwienia: drugi czlon nazwy – “tenango” oznacza miejscowosc otoczona murem. Duzo tu takich, np.: Quetzaltenango (quetzal – ptasi symbol Gwatemali), Chimaltenango, Huehuetenango. A targ mi osobiscie przypominal ten w Otavalo (w Ekwadorze) – wiele pieknych towarow i rownie duzo gringos z plecakami na piersi, kurczowo sciskajacych aparaty (w obawie przed zlodziejami), starajac sie nimi utrwalic lokalny koloryt. Ale najciekawszy byl kosciol, w ktorym na rowni z obrzedami katolickimi odprawiane sa rytualy Majowe… Widok: glowne wejscie kosciola okadzane nieustannie kadzidlem przez trzech starszych szamanow, w glownej nawie umieszczonych jest kilka plaskich plyt kamiennych, na ktorych szamani (tylko oni maja prawo odprawiac rytualy)zapalaja swieczki, rozkladaja plony ziemi, skrapiaja to wszystko wonnosciami, medytuja; w nawie bocznej ksiadz wlasnie dokonuje chrztu kilkunastu dzieci. Po udzieleniu sakramentu chrztu kaplan podchodzi kolejno do oltarzykow szamanskich i blogoslawi je. Podobno na porzadku dziennym jest tu podwojny “obrzadek” – np. najpierw zawarcie malzenstwa w rycie Majow, potem slub katolicki. Hmm… nie nam oceniac slusznosc takiego postepowania. Dnia nastepnego opuscilismy Panajachel, aby zalozyc ostatnia baze w Antigua. Tu tez dookola kilka wulkanow, planujemy wypad na jeden z nich. Byc moze skusimy sie jeszcze na wizyte na plantacji kawy albo wypad nad Pacyfik. Mieszkancy tego miasta znani sa z konsumpcji ogromnej ilosci awokado – Masia sie cieszy, Lukasz wrecz przeciwnie
Grunt, ze hotelik mily, a w patio rosnie wielki bambus!
Dzien 14-15 – San Cristobal (Mx) – Panajachel (Gwt)
No i znowu jestesmy w Gwatemali. Wprawdzie nie tam gdzie planowalismy, bo pan ktory nas transportowal od granicy meksykanskiej (o granicy bedzie jeszcze kiedys osobna notka, ozdobiona zdjeciami)mial wpisane w papierach, ze ma nas dostarczyc do Panajachel, mimo ze my mielismy ochote dojechac do Xela (inaczej Quetzaltenango). Po krotkich negocjacjach z kierowca zostawilismy Quetzaltenango za horyzontem i jestemy nad wielkim jeziorem (Atitlan,1500 m. n.p.m.) otoczonym trzema wulkanami, chwilowo nieaktywnymi. Panajachel to typowa wioska dla gringosow – drogie knajpy, masa straganow z najrozniejszymi cepeliopodobnymi wyrobami, pelno Amerykanow i na dodatek konsulat honorowy Niemiec. Malo tu Gwatemali. Wszystkie te niedogodnosci wynagradza jednak widok z naszego hotelowego pokoju na jezioro.
Dzien 9-10 – San Cristobal de las Casas
Od wczoraj rezydujemy w kolonialnym milym miasteczku w prowincji Chiapas (nazwa nieco przydluga jak w tytule). Okolica znana jest z: kawy, bursztynu oraz lokalnej partyzantki lewicowej – Los Zapatistas (popieranej przez spora czesc tubylcow). Miasteczko polozone jest w gorach, wiec powietrze rzeskie, zielone szczyty gor i male wioski indianskie rozrzucone w dolinach. Wioski zamieszkiwane sa przez rozne grupy Majow, z ktorych kazda wioska mowi innym narzeczem (przepraszam – jezykiem), ubiera sie odmiennie i ma inne tradycje – ale wszysscy jednakowo probuja zerowac na turystach (jak juz nawet tam pchaja sie gringos, to co maja innego robic). Lokalny koloryt. Do jednego z tych miasteczek dojechalismy lekko przeladowanym pasazerami i drobiem publicznym busem. Nawet porozmawialismy po polsku z mloda Majowka (i oczywiscie musielismy kupic kolorowe rekodzielo ktore nam wciskala) – “kup pasek, jak masz na imie, pozniej, obiecaj ze kupisz” – i nauczylismy jej nowego uzytecznego zdania: “czekam tutaj na ciebie”. Generalnie wioska ta znana jest z kosciola sw. Jana Chrzciciela, w ktorym mieszkancy odprawiaja niemal poganskie rytualy. Po powrocie oddalismy sie konsumpcji – 2 rodzaje mango, papaja, 2 rodzaje sera i chleb (prawie tak dobry jak polski!) i kaawaaa. Dobrze nam tu, wiec chyba zostaniemy tu az do piatku. Potem wracamy do chapinow (chapin = mieszkaniec Gwatemali).
Valencia, SPAIN